Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Albert: Wartości ekonomiczne a sprawiedliwe wynagrodzenie

"Prawdziwe współczucie to coś więcej niż rzucenie żebrakowi monety. To zrozumienie, że struktura, która produkuje żebraków, wymaga przebudowy".
Martin Luther King Jr.

Niemal wszyscy są za sprawiedliwością. Problem polega jednak na tym, że istnieją różne definicje tego terminu. Chcemy sprawiedliwych dochodów i warunków, pytanie jednak brzmi: jakim sensie "sprawiedliwych"?

Istniejące opcje wynagradzania za działalność gospodarczą można ująć w cztery dystrybutywne normy:

Norma 1: wynagrodzenie według wkładu kapitału materialnego i ludzkiego danej osoby.

Norma 2: wynagrodzenie według osobistego wkładu danej osoby.

Norma 3: wynagrodzenie według wysiłku danej osoby lub osobistego poświęcenia.

Norma 4: wynagrodzenie według potrzeb danej osoby.

Oczywiście, historycznie rzecz ujmując, najczęściej realizowaną normą jest ta, w której ludzie otrzymują tyle, ile są w stanie zabrać, ale z moralnego punktu widzenia nikt nie popiera brutalnej siły przetargowej jako proponowanego kryterium wynagrodzenia. Nikt nie uważa tego nastawienia za słuszne z perspektywy etycznej. Nikt nie sądzi, że jest efektywne. Pomysł, iż społeczeństwo powinno wynagradzać bandziora za bycie bandziorem, choć jest to zasada typowa dla rynków i innych systemów, otwarcie nie będzie dla nikogo ideałem. Dlatego można ją pominąć w książce na temat wizji ekonomicznej. Bierzemy więc pod uwagę tylko cztery powyższe normy. Przyjrzyjmy się pierwszej z nich.

Racjonalne przesłanki dla wynagradzania ludzi za wkład ich prywatnego kapitału w produkcję polegają na tym, że ludzie powinni otrzymywać z gospodarki tyle, ile wnieśli oni i ich majątek produkcyjny. Jeśli pomyślimy o dobrach i usługach jako o wielkim garnku z gulaszem, to okaże się, że jednostki swoją pracą i majątkiem produkcyjnym przynoszonym do kuchni przyczyniają się do tego, jak obfity i bogaty będzie posiłek. Jeśli moja praca i majątek produkcyjny sprawiają, że jest go więcej albo jest bogatszy, w większym stopniu niż twoja praca i majątek produkcyjny, to wtedy, zgodnie z normą pierwszą, sprawiedliwie będzie, jeśli dostanę większe albo smakowitsze kąski. Skoro przyniosłem do kuchni więcej środków, zasługuję na większe wynagrodzenie. Ty masz motykę, ja mam traktor. To sprawia, że jestem bardziej produktywny i mogę wnieść większy wkład w całkowitą produkcję społeczną żywności. Zatem jest sprawiedliwe, że będę lepiej wynagradzany.

Chociaż ta argumentacja intuicyjnie przemawia do wielu ludzi, to zwolennicy normy pierwszej muszą zmierzyć się z "problemem wnuka Rockefellera". Zgodnie z nią wnuk powinien dostać tysiąc razy więcej niż wysoko wykwalifikowana, wysoko produktywna, ciężko pracująca córka biedaka. Wnuk Rockefellera ma to gwarantowane nawet wówczas, powiada norma pierwsza, jeśli nie przepracuje nawet jednego dnia w całym życiu, a córka biedaka pracuje przez 50 lat z wielką korzyścią dla innych. Odziedziczył własność, która "pracuje" za niego; "przyniósł ją do kuchni", a zgodnie z normą pierwszą zapisujemy wkład własności produkcyjnej na konto jej właściciela. Wniesienie do gospodarki traktora albo stu akrów ziemi w stanie Missisipi powiększa i polepsza przygotowywany przez nas posiłek podobnie jak kopanie czy obieranie ziemniaków przez kogoś innego. Jeśli odziedziczymy traktor lub ziemię, wraz ze spadkiem pojawia się strumień dochodów i nie musimy nawet kiwnąć palcem, żeby je "zarobić". Z drugiej strony, fakt, że nawet nie kiwnęliśmy palcem, żeby je zarobić, pokazuje, iż nie zasługujemy na nie z moralnego punktu widzenia. Musi istnieć jakieś inne wyjaśnienie niż to, że coś "należy się ze względów moralnych" i dla tego powinniśmy to dostać.

Druga linia obrony normy pierwszej opiera się na wizji "wolnych i niezależnych" ludzi, posiadających własność, którzy, twierdzi się, nie zawarliby dobrowolnie umowy społecznej, gdyby nie otrzymywali produktów tej własności. Z tego punktu widzenia potrzebujemy normy pierwszej, jeśli mają oni dobrowolnie uczestniczyć w gospodarce. Choć jednak ludzie posiadający dużą własność produkcyjną mają dobry powód, żeby domagać się umowy społecznej wynagradzającej ich za własność, to ci, którzy mają niewielką własność albo nie mają jej wcale, mają równie dobry powód, żeby domagać się innej umowy społecznej, która nie karałaby ich za nieposiadanie własności. Jeśli tak ma być, to dlaczego posiadający własność mają normę, której chcą, a nieposiadający własności - nie?

Historyczna różnica polega na tym, że posiadający własność mogą sobie świetnie radzić (łącznie z kupnem prawnej realizacji swoich życzeń), czekając na zawarcie tej umowy, a ludzie nieposiadający własności umarliby z głodu, gdyby mieli długo czekać. Wymóg zgody wszystkich stron daje uprzywilejowaną pozycję przetargową właścicielom. Bezrobotni w końcu muszą się poddać i zgodzić na pracę nawet na takich warunkach, w których zyski wędrują w całości do właścicieli. W innym razie pozostaną bez środków do życia. Oznacza to jednak, że norma pierwsza obowiązuje nie dlatego, że jest uzasadniona moralnie, ale dlatego, że warunki przetargowe są niesprawiedliwe - niektórzy mogą wytrzymać fiasko w osiągnięciu uczciwego porozumienia (a zatem są lepiej przygotowani do wymuszania posłuszeństwa i obrony swojego stanu posiadania). Zatem takie uzasadnienie dla zarabiania na własności traci całą siłę moralną, a wagę w całości zawdzięcza przypadkowym, niesprawiedliwym okolicznościom.

Ta analiza zresztą nie jest niczym nowym, choć nie znaczy to, żeby była publicznie dyskutowana przez nieposiadających własności. Weźmy np. trafne stwierdzenie Adama Smitha: "Tylko pod ochroną władzy właściciel cennej własności (...) może spać spokojnie", albo stary, anonimowy aforyzm: "Prawo karze złoczyńcę, który kradnie gęś z pastwiska, ale puszcza wolno większego złoczyńcę, który kradnie pastwisko gęsi". Stąd pogląd, że jeśli ci, którzy posiadają bardziej produktywną własność, nie zdobyli jej poprzez większe osobiste poświęcenie, to uzyskiwanie z niej dochodów jest niemożliwe do uzasadnienia na gruncie sprawiedliwości. Oparcie dochodu na własności prywatnej nie jest sprawiedliwe i musi zostać odrzucone, chyba że rozstrzygniemy, iż ci, którzy posiadają własność bardziej produktywną, zdobyli ją dzięki większemu osobistemu poświęceniu. Śledząc tę linię rozumowania zwolenników normy pierwszej, musimy teraz zapytać, jak zdobywa się własność.

Otrzymanie własności produkcyjnej na drodze dziedziczenia w oczywisty sposób nie pociąga za sobą żadnych poświęceń ze strony spadkobiercy. Tym samym, gdy zniesiemy dziedziczenie własności produkcyjnej, nie pozbawimy niedoszłych spadkobierców niczego, do czego mieliby moralne prawo. Co jednak z prawami osób, które chciałyby zapisać własność produkcyjną w testamencie swoim potomkom? Przypuśćmy (mimo wszystko), że ci, którzy chcieliby zostawić spadek, zdobyli swoją własność w sposób zgodny z sensowną koncepcją sprawiedliwości ekonomicznej - poświęcili się bardziej, pracując dłużej lub ciężej i zamiast zajadać się kawiorem pod koniec życia, postanowili przekazać swój ciężko zarobiony majątek produkcyjny swoim dzieciom i wnukom. Odmówienie im tego wydawałoby się bezpodstawnym pogwałceniem ich prawa do swobodnego dysponowania majątkiem.

Co jednak z prawem młodszego pokolenia do równych szans ekonomicznych? Jeśli pozwolimy na dziedziczenie majątku produkcyjnego, niektórzy młodzi ludzie będą mieli uprzywilejowaną pozycję na starcie, a inni niekorzystną - nie z własnej winy. Te nierówności mogą rosnąć z pokolenia na pokolenie. Jeśli osoby ze starszego pokolenia, korzystając ze swojej swobody konsumpcji, mają prawo przekazać własność produkcyjną, to zgoda ta powoduje nierówne szanse ekonomiczne dla pokolenia młodszego, co narusza jego prawa. Z drugiej strony, jeśli osoby z młodszego pokolenia mają być chronione przed nierównościami, osobom ze starszego trzeba odmówić prawa do swobodnego dysponowania swoim majątkiem - to także wydaje się niesprawiedliwe.

Co wybrać? Prawo do pozostawiania w spadku środków produkcji powinno zostać odrzucone, ponieważ prawo wszystkich pokoleń do równych szans ekonomicznych ma o wiele większą wagę niż prawo części jednego pokolenia do pozostawiania w spadku swoim potomkom wytwarzającego dochody majątku. Zniesienie dziedziczenia własności produkcyjnej z pewnością oznacza poświęcenie pewnej wolności starszego pokolenia do zdobywania i przekazywania własności, ale jest to konieczne, by zagwarantować bardziej podstawową wolność młodszego pokolenia do równych szans ekonomicznych. Ogólnie rzecz biorąc, tego rodzaju konflikty są powszechne w gospodarce, jak też w innych sferach społecznych. Zamiast rozstrzygać je abstrakcyjnie, przez przyznanie prawa własności jednej lub drugiej stronie, bazując na pojęciu własności, powinno się przyznać wszystkim podmiotom udział w decyzjach, proporcjonalny do stopnia, w jakim decyzje te ich dotyczą, bazując na demokracji. Innymi słowy samorząd ekonomiczny - rozumiany jako wpływ na decyzje w stopniu, w jakim decyzje kogoś dotyczą - jest o wiele wyższym standardem niż opieranie wolności ekonomicznej na prawie do robienia ze swoją własnością, co się komu żywnie podoba.

Z tego punktu widzenia ograniczenie prawa dziedziczenia jest uzasadnione, ponieważ młodsze pokolenie byłoby dotknięte w o wiele większym stopniu nierównymi szansami ekonomicznymi niż starsze pokolenie ograniczeniem swobody do przekazywania swojej własności produkcyjnej. Choć konflikt między swobodą konsumpcji starszego pokolenia, pozostawiającego w spadku swoją własność, i prawem młodszego pokolenia do równych szans jest tylko jednym z wielu konfliktów swobód w gospodarce kapitalistycznej, to jest on szczególnie istotny. Rozstrzygnięcie go na korzyść zasady dziedziczenia jest wyjątkowo poważnym naruszeniem reguły samorządu ekonomicznego, ponieważ pozwala ludziom zostawiającym spadek znacząco wpływać na życie wielu innych osób. Rezultatem tego osoby niedziedziczące muszą rozpoczynać swoje życie ekonomiczne z ogromnymi utrudnieniami w porównaniu do swoich uprzywilejowanych rówieśników.

Drugim sposobem zdobywania w kapitalizmie większej własności produkcyjnej od innych - nie licząc ciężkiej pracy - jest szczęście. Praca albo inwestowanie w rozwijającym się lub upadającym przedsiębiorstwie bądź branży wiąże się z uśmiechem losu lub pechem. Działanie w pewnym obszarze gospodarki i uzyskiwanie profitów z podporządkowanej działalności innych albo z globalnych lub krajowych zmian koniunktury wiąże się ze szczęściem. Zatem podział własności produkcyjnej opierający się na szczęściu zamiast na wynagradzaniu poświęcenia ze strony ludzi nie ma oczywiście żadnego moralnego uzasadnienia.

Trzecim sposobem zdobywania bardziej produktywnej własności od innych jest posiadanie niesprawiedliwej przewagi, takiej jak różnice warunków albo indywidualnych cech. Przypadkowe czynniki mogą pozwolić ci na zdobycie większego majątku produkcyjnego niż mi, ponieważ na przykład masz informacje, których ja nie posiadam, albo działasz w mieście czy kraju, który daje ci większe możliwości. Przypadkowe różnice w cechach indywidualnych mogą oznaczać, że posiadasz większą wrodzoną inteligencję, siłę albo sprawność niż ja, nie z mojej winy ani z powodu twoich starań, i dzięki nim zdobywasz większą własność. I choćby różnice te nie wydawały się zbyt poważne, to nawet niewielkie początkowe nierówności w stanie posiadania własności produkcyjnej rosną gwałtownie w gospodarce, gdzie właścicielom płaci się za wkład własnościowy. Początkowa przewaga powiększa się, umożliwiając uzyskiwanie jeszcze większej własności. Jeśli początkowe różnice są niesprawiedliwe, to jeszcze większe różnice, biorące się z dalszej akumulacji, również są niesprawiedliwe.

Co jednak z sytuacją, w której ludzie więcej akumulują dlatego, że pracują więcej albo dłużej niż inni? Albo jeśli konsumują mniej, żeby akumulować własność produkcyjną? Większość z tych, którzy twierdzą, że norma pierwsza jest sprawiedliwa, chciałaby nas przekonać, że właśnie w taki sposób zwykle powstają nierówności w stanie posiadania własności produkcyjnej. Faktycznie, jeśli ktoś akumuluje większą własność produkcyjną dzięki niższej konsumpcji lub intensywniejszej pracy, to w takim przypadku uzasadniona jest wyższa konsumpcja (albo lenistwo) proporcjonalna do rozmiarów poświęcenia w przeszłości. Jednak ten wniosek to bezpośrednie zastosowanie normy trzeciej - każdemu według jego wysiłku lub poświęcenia - o ile "proporcjonalna" rekompensata odpowiada przeszłym poświęceniom, sprawiając, że suma obciążeń i korzyści jest sprawiedliwa. Nie jest to uzasadnienie dla normy pierwszej, według której wynagradza się za własność bez względu na wysiłek i poświęcenie.

Większość ekonomistów politycznych akceptuje to, że w gospodarce kapitalistycznej różnice w stanie posiadania własności produkcyjnej akumulowanej w ramach jednego pokolenia wskutek różnego poświęcenia są minimalne w porównaniu z różnicami powstałymi wskutek dziedziczenia, szczęścia, niesprawiedliwej przewagi i gromadzenia zysków. To właśnie miał na myśli Proudhon, kiedy stwierdził, że "własność to kradzież". Wszelkie znaki na niebie i ziemi pod koniec XX w. potwierdzają opinię w sprawie pochodzenia różnic majątkowych wyrażoną przez Edwarda Bellamy (w 1888 r.) w jego znanej książce Looking Backward:

"Można uznać za regułę, że bogaci, posiadacze wielkiego majątku, nie mają do niego moralnego prawa, nie zasłużyli na niego, ponieważ ich fortuny to albo odziedziczone bogactwo, albo, jeśli zgromadzili je w ciągu swojego życia, są niechybnie wytworem pracy innych, uzyskanym w mniejszym lub w większym stopniu dzięki przemocy lub oszustwu".

Telewizyjna reklama domu maklerskiego Salomon, Smith & Barney z początku XXI w. to dobry przykład hipokryzji w kwestii dochodów z własności. Pewien człowiek informuje nas, że maklerzy z Salomon, Smith & Barney wierzą w "robienie pieniędzy w tradycyjny sposób - zarabianie ich". Oczywiście ma na myśli to, że odradzają klientom strategie o wysokim ryzyku i wysokich zyskach, a doradzają pomnażanie majątku wolniej, ale pewniej - właśnie bez zarobienia choćby grosza z tego majątku. Jak zauważył Ricardo: "Nie ma innego sposobu podnoszenia zysków niż obniżanie płac". Groucho Marx celnie stwierdził: "Tajemnica sukcesu tkwi w uczciwości i uczciwych interesach. Jeśli potrafisz je symulować, odniesiesz sukces".

Drugą normę wynagrodzenia ocenić trudniej niż pierwszą. Dlaczego nie wynagradzać za wartość wkładu samego kapitału ludzkiego, tzn. tego, co sami wnosimy do kuchni? Zwolennicy normy drugiej generalnie zgadzają się z argumentacją mówiącą, że dochód z własności jest nieuzasadniony, twierdzą jednak, że wszyscy mają prawo do "owoców własnej pracy". Na pierwszy rzut oka uzasadnienie dla tej normy jest nieodparte. Jeśli moja praca jest w większym stopniu bardziej pożyteczna społecznie, to powinienem otrzymać więcej. Nie tylko nie wyzyskuję innych, dostając więcej, ale to oni wyzyskiwaliby mnie, płacąc mi poniżej mojego osobistego wkładu, ponieważ dorzucam do garnka dodatkową ilość.

Jednak oczywistość tego twierdzenia bierze się z jego ciągłego powtarzania, a nie z jego przemyślenia. Uważne przyjrzenie się jemu pokazuje, że musimy odrzucić normę drugą - wynagradzanie osobistej wydajności - na tej samej podstawie, co normę pierwszą, czyli wynagradzanie za posiadanie środków produkcji.

Ekonomiści określają wartość udziału nakładów (czy to pracy, maszyn, czy pewnych zasobów) jako "krańcowy przychód z produktu" z tych nakładów. O ile wzrośnie wartość produkcji, jeśli dodamy jedną jednostkę rozważanych nakładów do już wykorzystanych? Ta ilość to właśnie krańcowy przychód z produktu. Jednak oznacza to, że produkcyjność krańcowa lub udział jakichkolwiek nakładów zależy tak samo od ilości dostępnych nakładów oraz jakości i ilości nakładów komplementarnych, co od jakichkolwiek cech owych nakładów. Innymi słowy, wartość, którą mój dodatkowy czas pracy może wnieść do produkcji zależy od tego, ile pracowałem wcześniej oraz od tego, jaki jest czas pracy innych, a także od jakości ich wkładu, od narzędzi, których używamy, od tego, co produkujemy, jakie ma to właściwości itd. Fakt ten podważa moralny imperatyw stojący za każdą normą "opartą na wkładzie", taką jak norma druga i pierwsza.

Wynagradzanie różnic w wartości osobistego wkładu, jak czyni to norma druga, to wynagradzanie różnic będących skutkiem działania czynników przypadkowych i osobistych, pozostających poza czyjąkolwiek indywidualną kontrolą. Kiedy młodzi ludzie napływają do zawodu, w którym pracujesz od 20 lat, twój krańcowy przychód z produktu obniża się, chociaż pracujesz tak ciężko, jak przedtem. Kiedy twój pracodawca nie wymienia maszyn, podczas kiedy unowocześniają je inni, twoja produkcyjność krańcowa spada, choć starasz się w taki sam sposób jak przedtem.

Przypuśćmy, że pomijamy albo w ramach pewnych reguł uzasadniamy fakt, iż produkcyjność krańcowa zależy od liczby ludzi w zawodzie oraz ilości i jakości innych dostępnych nakładów, jak też wiedzy technologicznej. Inną okolicznością leżącą poza jednostkową kontrolą jest "loteria genetyczna". Choćbym nie wiem, ile jadł i jak bardzo starał się zwiększyć wagę, to i tak nie będę miał 6 stóp 9 cali wzrostu oraz 300 funtów mięśni, żeby "zarabiać" jak zawodowy futbolista, który zarabia 50 razy więcej niż "zarabiam" ja. Znana angielska ekonomistka Joan Robinson (1903-1983) zauważyła już dawno temu, że bez względu na to, jak "produktywna" może być maszyna albo kawałek ziemi, nie jest to żaden moralny argument, żeby płacić jej właścicielowi. Wystarczy tylko rozszerzyć tę opinię na indywidualne cechy ludzi, żeby zdać sobie sprawę, że bez względu na to, jak produktywne może być IQ 170 albo ciało ważące 300 funtów, nie znaczy to, że jego właściciel zasługuje na większy dochód niż ktoś, kto jest w mniejszym stopniu obdarzony tak produktywnymi cechami, ale pracuje tak ciężko i z takim poświęceniem, jak tylko potrafi.

Szczęście w kwestii warunków i w loterii genetycznej nie jest lepszą podstawą dla wynagrodzenia niż szczęście w loterii dziedziczenia własności - co oznacza, że norma druga jako koncepcja sprawiedliwości posiada te same błędy, co pierwsza. Jeśli pewna osoba ma spory majątek w postaci genów dających jej przewagę w wytwarzaniu wartościowych rzeczy lub gdy ma szczęście na polu swojej pracy, nie ma powodu, żeby do tego wszystkiego dodawać niebotyczne dochody.

Broniąc normy drugiej, jej zwolennicy często twierdzą, że choć talent może, z moralnego punktu widzenia, nie zasługiwać na nagrodę, to korzystanie z niego wymaga kwalifikacji i właśnie tutaj kryje się poświęcenie zasługujące na nagrodę. Pensje lekarzy są uważane za rekompensatę nie dzięki ich pewnym wrodzonym zdolnościom, ale ze względu na dodatkową edukację. Jednak dłuższe kształcenie niekoniecznie oznacza większe osobiste poświęcenie. Ważnym jest, żeby nie mylić kosztów czyjegoś kształcenia - obejmujących głównie czas i energię nauczycieli przekazujących wiedzę oraz rzadkich zasobów społecznych, takich jak książki, komputery, biblioteki i sale zajęciowe - z osobistym poświęceniem osoby uczącej się. Jeśli koszty opłacania nauczycieli i zaplecza edukacyjnego są publiczne, a nie prywatne - tzn. jeśli mamy system powszechnej oświaty publicznej - to osobiste poświęcenie studenta czy studentki polega tylko na dyskomforcie odczuwanym podczas nauki.

Co więcej, nawet ten osobisty dyskomfort musi być odpowiednio porównany. Choć wiele programów edukacyjnych jest mniej przyjemnych niż czas wolny, to odpowiednim porównaniem jest dyskomfort odczuwany przez tych, którzy pracują zarobkowo, zamiast się uczyć. Jeśli naszym kryterium dla dodatkowego wynagrodzenia jest osobiste poświęcenie większe niż u innych, to logika ta wymaga, żebyśmy porównali dyskomfort osoby studiującej medycynę z dyskomfortem osób pracujących w czasie, gdy osoba ta przebywa w szkole.

Krótko mówiąc, czy wolisz uczyć się w szkole medycznej czy smażyć hamburgery? Tylko gdy nauka jest mniej przyjemna niż praca, może pociągać za sobą większe poświęcenie i tym samym zasługiwać na większe wynagrodzenie, a dodatkowe wynagrodzenie ma być proporcjonalne do różnic w poświęceniu, ale nie większe.

Dopóki edukacja odbywa się na koszt publiczny, a nie prywatny i osobisty dyskomfort nauki nie jest większy niż dyskomfort w pracy w takim samym przedziale czasu, dodatkowa nauka nie zasługuje z moralnego punktu widzenia na dodatkowe wynagrodzenie. Jeśli ktoś płaci za naukę, ta zapłata ma być rekompensowana, ale nic ponadto. Jeśli czyjaś edukacja jest uciążliwa i można ją porównać z pracą, różnica pomiędzy nimi zasługuje na rekompensatę, ale nic ponadto.

Problem z uzasadnieniem normy drugiej na zasadzie "muszę tak długo się uczyć" to problem "lekarz kontra śmieciarz". Czy może być sprawiedliwe płacenie neurochirurgowi dziesięć razy więcej niż śmieciarzowi pracującemu 40-50 godzin tygodniowo, nawet przy nieprawdopodobnym założeniu, że neurochirurg pracuje ciężej niż większość innych robotników? Jeśli nawet studia medyczne są drogie i bardziej męczące niż wywożenie śmieci w takim samym przedziale czasu (co jest śmiesznym twierdzeniem), rekompensata za to chwilowe poświęcenie z pewnością nie może oznaczać tak wysokiej płacy przez całe życie, szczególnie, że późniejsza praca w zawodzie neurochirurga jest sama w sobie wyjątkowo wysoko ceniona społecznie i etycznie. Moralna podstawa dla normy drugiej upada.

A zatem, co z normą trzecią - wynagrodzeniem według wysiłku i poświęcenia? Chociaż różnice we wkładzie pracy w produkcję mogą być skutkiem różnic w warunkach, talencie, wykształceniu, szczęściu i wysiłku, to z tych wszystkich czynników tylko wysiłek podlega ludzkiej kontroli. Wynagradzanie lub karanie ludzi za to, czego nie są w stanie kontrolować, łamie tę samą zasadę sprawiedliwości społecznej, która mówi, że nierówności dochodowe ze względu, na przykład, na rasę czy płeć są niesprawiedliwe. Przez "wysiłek" rozumiemy po prostu osobiste poświęcenie czy uciążliwości odczuwane podczas wykonywania obowiązków ekonomicznych. Oczywiście "wysiłek" może oznaczać dłuższy czas pracy, pracę mniej przyjemną, cięższą, bardziej niebezpieczną lub bardziej szkodliwą dla zdrowia. Może też oznaczać przechodzenie szkolenia, które jest mniej przyjemne niż szkolenie lub praca innych. Racjonalne uzasadnienie dla normy trzeciej polega na tym, że ludzie powinni otrzymać porcję posiłku proporcjonalną do tego, jak bardzo się poświęcili, żeby go przygotować. Według normy trzeciej jedynym uzasadnieniem, żeby sprawna fizycznie osoba dostawała większą lub lepszą porcję niż inni, jest to, że poświęcenie w jej przygotowaniu było większe.

Jednak nawet ci, którzy odrzucają teorie sprawiedliwości ekonomicznej oparte na wkładzie, takie jak norma pierwsza i druga, mają problem z normą trzecią: "problem wypadku samochodowego". Przypuśćmy, że ktoś poświęcał się średnio przez 15 lat i konsumował przeciętną ilość. Wpada pod samochód. Leczenie ofiar wypadków może kosztować fortunę. Jeśli ograniczymy konsumpcję do poziomu gwarantowanego przez wysiłek, będziemy musieli odmówić rannym lub chorym ludziom odpowiedniej opieki medycznej (lub dochodów w czasie, gdy nie pracują). Tutaj oczywiście pojawia się inna norma, norma czwarta - wynagrodzenie według potrzeb. Bez względu na to, jak atrakcyjna jest norma czwarta, należy jednak do innej kategorii niż trzy pozostałe. Nie jest kandydatką na definicję sprawiedliwości ekonomicznej. Wyraża wartość inną niż sprawiedliwość, wartość, do której dążymy i stosujemy wtedy, gdy jest to możliwe i potrzebne. Gospodarka sprawiedliwa, uczciwa i słuszna to jedno. Gospodarka opierająca się na współczuciu to coś innego. Sprawiedliwa gospodarka to nie wszystko z moralnego punktu widzenia. Oprócz sprawiedliwości ekonomicznej chcemy również współczucia. Mamy zatem naszą wartość sprawiedliwości, normę trzecią, a także mamy współczucie, realizowane poprzez normę czwartą w przypadkach choroby, wypadków, niezdolności do pracy itd. I to są nasze cele, jeśli chodzi o dochody.

Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że nie warto osiągać sprawiedliwości dochodowej, a nawet opartego na współczuciu humanitaryzmu, jeśli oznaczałoby to załamanie się całej produkcji albo gdyby efekty uboczne spowodowałyby znaczne straty w innych sferach życia. Temu jednak przyjrzymy się dopiero wtedy, gdy będziemy badać, czy jesteśmy w stanie instytucjonalnie wdrożyć nasze normy wynagrodzenia ekonomicznego w taki sposób, żeby harmonizowały z innymi wartościami, uważanymi przez nas za cenne. Jest jednak jeszcze jeden wymiar sprawiedliwości, który musimy zbadać.

Michel Albert

Fragment książki Michela Albert "Ekonomia uczestnicząca. Życie po kapitalizmie", Oficyna "Trojka", Poznań 2007. Książka dostępna w dystrybucji Oficyny "Trojka".
Powrót na górę

Podobne artykuły